Męczą mnie ludzie, z którymi codziennie muszę się spotykać i na siłę przebywać po kilka godzin. To tak okropnie męczy... Krzyk dzieciaków na korytarzy i chłopców, którzy swoim chamstwem i arogancją próbują zrobić wrażenie (sama nie wiem na kim). Ale pomijając zachowanie chłopców, bo tego nie da się opisać słowami, chciałam napisać tutaj coś o starszej grupie tej społeczności szkolnej. Chodzi mi tutaj o nauczycieli, którzy krytykują i poniżają uczniów na każdym kroku... Zaczynając od wyglądu, po twoje zachowanie, oceny, aż po rodziców i twoją rodzinę. Chyba najlepiej będę wspominać podstawówkę... Tam nie było tego bydła - bo tak nazywam część grona pedagogicznego, które zamiast uczyć zajmuje się życiem osobistym uczniów. W głowie mi się nigdy nie mieściło, że można powiedzieć do swojego wychowanka, że jest „niedorobiony” - cokolwiek to znaczy, uważam, że nawet nauczyciel nie powinien tak pomyśleć... Nie rozumiem jak bezkarnie robią idiotów z dzieci, które uczęszczają do szkoły, w której pracują. Wydawało mi się, że człowiek tak wykształcony zachowuje się inaczej, nieco bardziej kulturalnie i jest tylko i wyłącznie po to, aby nauczyć danego przedmiotu, a nie oceniać innych ludzi.Nie mówiąc już o tym, jak jeden z nauczycieli dzieli ludzi na kategorie, dając do zrozumienia: „Jesteś głupszy, masz prostsze zadanie, natomiast ty jesteś mądrzejszy, masz trudniejsze, dostaniesz ocenę niedostateczną - wiedz, że wcale nie jesteś taki dobry, jak ci się wydaje”. Nie wiem, co daje nauczycielowi takie zachowanie? Większe poczucie wartości? Nie wiem.. Przecież są dorosłymi ludźmi. Później dziwią się, że uczniowie ich nie szanują. Ciężko szanować kogoś, kto tak postępuje i nie szanuje ciebie. Przyznaje, że miałam ich za naprawdę inteligentnych ludzi. No cóż, myliłam się. Oczywiście są też nauczyciele, którzy na ten szacunek zasługują i przeważnie jest im on okazywany. Przykre jest jednak to, że to garstka spośród wszystkich pedagogów.
Cała atmosfera szkoły jest odpychająca, więc jak tu do niej chodzić? Trzeba się po prostu zawziąć w sobie, zmusić się do wstania z łóżka i wyjścia z domu; wziąć głęboki oddech i przekroczyć próg niesympatycznego budynku. Przetrwać kilka godzin, po czym wyjść na wolność. Wprawdzie po powrocie do domu jestem tak strasznie zmęczona, że kładę się spać, te 2-3 godzinki snu bardzo mnie relaksują. Wtedy odpoczywam, nabieram siły i dopiero wtedy mogę normalnie funkcjonować.
W każdym bądź razie, życzcie mi powodzenia na te 7 miesięcy... Byle bym wytrwała ! ;)